O autorze
Piszę, żeby nie być ograniczonym. Formą. Kiedy śpiewam, nie mogę zmienić słów i nut piosenki. Chyba, żebym fałszował, a staram się śpiewać czysto. Kiedy gram w własnej sztuce, nie zmieniam dialogów. Chyba, że zapomnę tekstu, a staram się pamiętać. Pisanie to wymyślanie niestworzonych historii, które, kiedy je stworzyć, muszę zamknąć w formę, żeby zaśpiewać, żeby zagrać… i znów jestem ograniczony. Dlatego piszę, żeby… itd.

Jan Jakub Należyty - autor hitów teatralnych m.in.: „Andropauza męska rzecz, czyli zdecydowana odpowiedź na „Klimakterium”, „Andropauza 2, czyli męska rzecz być z kobietą”, „Dieta cud - komedia odchudzająca”, „3 x łóżko”. Jest pomysłodawcą Teatru Komedia Kraków, którego spektakle prezentowane są gościnnie na scenach w całej Polsce. Dla Teatru Kamienica w Warszawie napisał „Mojego dzikusa”, monodram „Ta cisza to ja” oraz „Piękne panie i panowie” - montaż przedwojennych utworów kabaretowych, a dla Teatru Dramatycznego w Białymstoku „Baby blues albo zachcianki”. Łącznie jego sztuki miały już ponad 1500 wystawień i obejrzało je ponad pół miliona widzów.

Jan Jakub Należyty jest laureatem Nagrody Grand Prix im. Karola Musioła w konkursie „Promocje” na XX Festiwalu Polskiej Piosenki Opole i II Nagrody na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu w 1985 roku oraz autorem tekstów do piosenek m.in.: Zbigniewa Wodeckiego, Ewy Błaszczyk, Macieja Damięckiego. Śpiewa i tłumaczy piosenkę francuską Aznavoura, Brela, Brassensa i Becauda. Występował w licznych kabaretach m.in.: „Pod Egidą”, „Szerszeń”.

PIES PRAWDZIWEGO POLAKA

Pies nie ocenia, nie analizuje, nie wytyka błędów, nie mówi, „kiedyś byłaś/byłeś inny…” Uczę się od nich i zaczynam myśleć, że psia miłość absolutna polega na absolutnym braku analizowania obiektu swoich uczuć. A brak analizy bierze się z braku wiedzy o człowieku.

Człowiek, który kocha, wpada w zachwyt nad przyczyną swojej miłości, a później mu przechodzi, z wielu przyczyn. A pies wpada w zachwyt i tak mu zostaje. Codziennie rano jestem zakłopotany. Kiedy nasze psy witają się ze mną, ich oczy i ogony (z wyjątkiem jednego, bo jeden ogona nie posiada) wydają się mówić: „Fajnie, że jesteś”, patrzą na mnie i są szczęśliwe. I w takich chwilach dziwię się czworonogom. Co one we mnie widzą? Dla mnie sam fakt mojego istnienia nie jest powodem do szczęścia (zwłaszcza przed lustrem, tuż po przebudzeniu), a dla nich jest. Pies nie ocenia, nie analizuje, nie wytyka błędów, nie mówi, „kiedyś byłaś/byłeś inny…” Uczę się od nich i zaczynam myśleć, że psia miłość absolutna polega na absolutnym braku analizowania obiektu swoich uczuć. A brak analizy bierze się z braku wiedzy o człowieku. Gdyby pies prezydenta Obamy miał świadomość, że jest psem głowy światowego mocarstwa prawdopodobnie czułby się współodpowiedzialny za losy świata. Niewykluczone, że nie wytrzymałby ciśnienia, wpadłby w depresję, a w konsekwencji dorwał się do wykwintnych trunków właściciela, których jak mniemam w Białym Domu nie brakuje i popadł w ciężkie uzależnienie. Pies kloszarda, niepozbawiony świadomości, że jego nazwijmy umownie „pan” świata po za alkoholem nie widzi, identyfikowałby się z jego problemem i skończyłby jak pies prezydenta. (Alkohol nadużywany zabija. Bez względu na jakość i miejsce spożywania.)
Kolejnym powodem psiej miłości absolutnej jest absolutny brak ambicji. U psa. (Ludzi, niektórych, ambicja może zabić.) Jedyne, do czego pies chce w życiu dojść, to do pełnej miski. Droga do miski, miejsce do spania i codzienna porcja czułości od człowieka, który jest wszystkim bez względu na to, kim jest – oto, najprawdopodobniej sens psiej egzystencji. Gorzej, jeśli miska pusta, gorzej, jeśli droga ograniczona łańcuchem, a najgorzej, kiedy człowiek jest łajdakiem. Wtedy trudno kochać, nawet psu.
Taką scenę sobie wyobraziłem. Dzieje się 11 listopada, wieczorem. Cisza, spokój, ciemno. Pokój rozjaśnia jedynie poświata z telewizora, którego ktoś zapomniał wyłączyć, albo specjalnie zostawił włączony na kanale TVN24 z opcją nagrywania. Na ekranie relacja na żywo z Marszu Niepodległości. Po pustym pokoju, nerwowo przechadza się York – pies rasy małej, ujadającej. Jego pan, jego Absolut, jego całe życie spóźnia się. Nigdy nie zostawał sam na tak długo. Karma nietknięta, woda nieruszona, strach. Jednak po chwili słychać kroki na korytarzu. Ciężkie, miarowe. Jego pan ma mocne buty, żeby mocno stąpać po ziemi, albo skopać leżącego. Odgłos otwieranego zamka i wreszcie jest. Wrócił, cały i zdrowy. York rzuca się do kolan, pan głaska pupila dłonią ogromną jak bochen polskiego, pszennego chleba. Myje w łazience dłonie obolałe od zaciskania w pięści, odgrzewa zupę pomidorową, którą przyniósł od matki, siada, siorbie i ogląda relację w TVN24. – Kiler, widziałeś, aleśmy im do……..li. Kiler już się napił, najadł i jest szczęśliwy, bo jego odważny, bohaterski, jedyny na świecie Pan – wrócił i znowu zwyciężył. Pan nie zastanawia się patrząc na Yorka: co człowiek zrobił z wilka, a pies nie zastanawia się patrząc na pana, co człowiek robi z siebie. Kiler zasypia szczęśliwy z łepkiem na przepoconej kominiarce swojego pana. Pan kocha Polskę, a Kiler jest psem „prawdziwego Polaka.” I nawet przez myśl mu nie przejdzie, że jego pan jest tchórzem.
Trwa ładowanie komentarzy...